Cykl ” Zdarzyło się nad Dłubią”

Wyciągnęliśmy lekcję z 75-lecia. Czas na Wasze historie! ✍️

Kiedy dwa lata temu wydawaliśmy album na nasze 75-lecie, byliśmy dumni z pięknych zdjęć i dat. Ale po premierze poczuliśmy niedosyt. Zrozumieliśmy, że między wielkimi meczami a wynikami zabrakło czegoś najważniejszego – Waszych osobistych wspomnień.

Książka to nie tylko gole i puchary. To także:

👉 Pani z klubowego bufetu, która znała imiona wszystkich trampkarzy.

👉 Pracownik techniczny, który dbał o murawę jak o własny ogród.

👉 Sportowiec, który może nie zdobył złotego medalu, ale zostawił tu serce.

👉 Kibic, który jeździł na wyjazdy starym Autosanem.

Tym razem nie chcemy pominąć nikogo. Ta książka wciąż powstaje i szukamy właśnie Ciebie. Jeśli tworzyłeś ten klub z „drugiego planu” – jako pracownik, zawodnik, działacz czy wolontariusz – Twoja historia jest nam potrzebna, by ta kronika była kompletna.

Nie pozwólmy, by te drobne, ale piękne wspomnienia uciekły wraz z czasem. Będziemy tu wrzucać urywki tego, co już mamy, licząc, że wywołają u Was lawinę kolejnych opowieści.

Dokończmy tę historię razem!

autor……?

W zaciszu Kopca Wandy

Szanowni Państwo! Historia, którą dzisiaj przedstawiam, jest prawdziwa. Pisano ją zapałem, spontanicznością, przywiązaniem do miejscowych tradycji i pokoleniowych zmian, jakie na tych piastowskich ziemiach się dokonały. Od niepamiętnych lat człowiek dążył do obranego celu, nie tylko poprzez pracę i obowiązki – także przez sport, który wyznaczał sens jego życia, dając poczucie dumy i obowiązku z przynależności do środowiska, jakie współtworzył.

     Człowiek, aby móc przetrwać, winien być silny i zdrowy, odporny na choroby i zmienny klimat. Musi umieć też walczyć o należne mu prawa i godną przyszłość, warto o tym pamiętać.

     Od wielu lat temat ten przestał być indywidualną, osobistą sprawą jednostki, a stał się kategorią społeczną. Przyrost dóbr materialnych społeczeństwa, rozwój świadczeń socjalnych oraz przemiany w stylu życia, spowodowały pojawienie się nowych potrzeb społecznych i nowych działań, zwłaszcza w zakresie spędzania wolnego czasu.  Przemiany te najbardziej były widoczne w zakładach pracy, gdzie sport i kultura fizyczna stały się integralnym elementem działalności społeczno-gospodarczej, wkraczających wówczas na rynek firm i przedsiębiorstw – oczywiście, że tych państwowych, bo innych w naszych czasach jeszcze nie było.

     Dzisiaj to wszystko jest naszą wspólną sprawą i naszym prawem. Dzieje tutejszych okolic i nadwiślańskich wiosek, takich jak: Przewóz, Kujawy, Pleszów, Mogiła, Bieńczyce, Krzesławice i jeszcze innych, zajmują ważne miejsce w historii tych staropolskich ziem. Dawno temu nadwiślańską ziemię porastała prastara puszcza. Historyczne tereny dzisiejszej Nowej Huty były żyznymi, łatwymi w uprawie ziemiami, z dostępem do wody z Wisły, mnogością mieszanych lasów, tworzących dogodną przystań dla rozwoju stałych form osadnictwa. Fakt ten potwierdza odkrycie na tym terenie kilkudziesięciu stanowisk archeologicznych, z pozostałością osad i cmentarzysk z okresu neolitu, po wczesne średniowiecze (od połowy szóstego tysiąclecia p.n.e. do XIII wielu n.e.)

     Kiedyś, wedle starych tradycji, na tym terenie istniała tzw. Stara Huta – jakby daleka, historyczna poprzedniczka naszej współczesnej Nowej Huty i huty stali.  Siedemdziesiąt pięć lat temu stanął tutaj potężny kombinat i wszystko niby wróciło do normy, lecz dzieje tutejszych ziem z lat budowy Nowej Huty już coraz częściej czas w naszej pamięci zaciera, więc trzeba do nich powrócić. Z tą podkrakowską ziemią łączyło ludzi jeszcze coś więcej niż dobre położenie. Być może jakaś magiczna siła przeniosła na ten teren testament naszych przodków, bo właśnie tutaj wzniesiono nowe miasto, gdzie nadal bije jego „stalowe serce”, chociaż już coraz słabiej, jakim jest nasz kombinat, wokół którego wznosi się Nowa Huta.

     W dziejach Mogiły i okolicznych miejscowości jest wiele legend i prawd historycznych, a jedną z nich jest legenda o księżniczce Wandzie, która nie chcąc poślubić Niemca udała się nad Wisłę i tam, będąc w pełni świadoma tego, co czyni, rzuciła się do rzeki, w zamian za ratowanie kraju i swego ludu przed wojną. Ta mityczna legenda w dzisiejszej wersji przetrwała wiele lat, tworząc głęboką więź ze średniowieczną historią Polski. Na pamiątkę tego zdarzenia poddani bohaterskiej władczyni usypali jej wielki kopiec z piastowską nazwą – Kopiec Wandy. To historyczne już imię wieńczy także nasz Klub Sportowy „Wanda”.

     W drugiej połowie XIX wieku Kopiec Wandy, i jego okolica, zostały włączone w obręb fortyfikacji twierdzy „Kraków” i otoczone umocnieniami ziemnymi, jako Fort 49½ „Kopiec Wandy”. Co ciekawe, mimo że Kopiec stał się elementem infrastruktury obronnej, wojsko udostępniało go zwiedzającym. Fort 49½ „Kopiec Wandy” powstał w 1887 roku, w miejscu dawnego szańca FS-34 z końca lat 70. XIX wieku. Miał pełnić rolę fortu głównego, chociaż nigdy nie doprowadzono go do postaci dzieła stałego. Wraz z fortem „Mogiła” miał strzec traktu sandomierskiego, biegnącego między nimi. Był to mały fort, z uproszczoną postacią parterową, pozbawiony pancerza, za to z osobnym wałem piechoty. Głównie był to obiekt ziemny, ale posiadał również elementy kamienno-murowane, ok. 500 metrów na południowy wschód od Kopca Wandy, obok przystanku tramwajowego MPK Fort „Mogiła”.

Po II wojnie światowej, gdy w roku 1949 rozpoczęła się budowa Nowej Huty i Huty im. Lenina, w forcie tym mieszkali budowniczowie kombinatu, miasta i jego infrastruktury. Jednym z nich był Tadeusz Konwicki – polski prozaik, scenarzysta i reżyser, wspominający w swoich utworach pobyt w brygadzie kopaczy, pracującej przy budowie Nowej Huty, gdzie w roku 1949 roku spędził ok. pięciu miesięcy. Kilkadziesiąt lat temu teren Kopca był zacisznym, oddalonym od uczęszczanego traktu miejscem – oazą ciszy i zieleni. Jeszcze w początkach lat 60. XX wieku wiodła tutaj jedynie polna ścieżka, co osobiście pamiętam. Do lat 80. XX wieku na szczycie Kopca stał krzyż, który przy pracach zabezpieczających wzgórze usunięto, a jego miejsce zajął kamienny orzeł, wg projektu Jana Matejki. Przez wiele lat biały orzeł, nasz symbol narodowy, był w opłakanym stanie, z mocno zniszczonym dziobem i skrzydłami, czekał aż ktoś życzliwy poda mu dłoń. Dziś staropolskim zwyczajem chylimy czoła, czyniąc ukłony w stronę Rady i Zarządu Dzielnicy XVIII Nowa Huta i osób, które wzięły w opiekę to historyczne miejsce w Mogile.

     Od tego czasu wiele się tutaj zmieniło. U stóp legendarnej władczyni powstał największy w Polsce Kombinat Metalurgiczny Huta im. Lenina – dzisiaj ArcelorMittal Poland S.A., o czym wcześniej wspomniałem. Można się spierać, i nie bez racji, że te piastowskie ziemie miały znaczący wpływ na losy miasta Krakowa i okolicznej ludności. Wciąż odkrywamy historię tych ziem, kto był ich prawowitym władcą i gospodarzem od wieków i pokoleń. Miejscowa ludność, oprócz zajęć rolniczych, trudniła się garncarstwem, wytopem stali, a może jeszcze czymś więcej?

     Wśród wykopalisk bogato prezentowany jest świat wierzeń i obyczajów z tamtych lat; liczne figurki kobiet, przedstawiające boginie, względnie słowiańskich bożków, fragmenty glinianych ołtarzyków domowych, jako symbole kultu i wierzeń. Właśnie w Pleszowie odsłonięto niewielkie cmentarzysko szkieletowe z tego okresu i odkryto jedne z najstarszych na ziemiach polskich wyroby miedziane.

     Jeszcze niedawno w budynku administracyjnym (Z) byłej Huty im. Lenina mieścił się kącik archeologiczny, co osobiście pamiętam. W szklanych gablotach eksponowano ciekawe znaleziska, odkryte na terenach przeznaczonych pod budowę Huty im. Lenina i otaczającego ją nowoczesnego miasta. – Dzisiaj to już historia.

     Zgodnie z zapisem historycznym największymi ośrodkami sportu w byłej Galicji były jej duże miasta – Kraków i Lwów. Szybko ta nowość, jaką był sport, zaczęła zdobywać nowe tereny wokół tych miast. Dotarła także do podkrakowskich wsi, na terenie których po kilkudziesięciu latach wyrosła Nowa Huta. Było to dużą zasługą Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, którego członkowie przyczynili się m.in. do popularyzacji gimnastyki w społeczeństwie polskim, zakładania licznych klubów sportowych i Związku Harcerstwa Polskiego. Do rozwoju sportu na tym terenie przyczyniła się również sama młodzież, gdyż wielu uczniów z Mogiły, Bieńczyc i Czyżyn kształciło się wówczas w szkołach średnich w Krakowie, a naukę ułatwiał im pociąg, którym dojeżdżali do tego miasta. To właśnie oni propagowali w swoich rodzinnych miejscowościach świeżo poznane gry i zabawy.

     Największą popularnością zaczęła cieszyć się piłka nożna. Na początku grano w popularną szmaciankę, jak w swoich wspomnieniach pisze jeden z mieszkańców Bieńczyc – Jan Kotyza. Potem jeden z miejscowych chłopców, którym był Staszek Biernacik (spod młyna), jako tzw. „majster do wszystkiego”, zaczął szyć piłki skórzane ze starych cholew od butów. Była to już wielka atrakcja. Z braku dętki gumowej piłkę napełniano powietrzem, stosując w zamian pęcherz zwierzęcy (…).

     Były piłki, zawodników też nie brakowało, toteż szybko powstawały drużyny. Najpierw jednak skrzykiwano wszystkich chętnych, a dopiero potem zaczęto wybierać graczy według pewnych zasad. Najczęściej zespoły tworzyli chłopcy z tych samych wsi, a jak przyszło zmierzyć się z silniejszym przeciwnikiem, korzystano z futbolistów z sąsiednich miejscowości – często kolegów ze szkolnej ławki.

     Wśród młodzieży, dojeżdżającej pociągiem kocmyrzowskim do szkół w Krakowie, zaczęły powstawać dzikie drużyny piłki nożnej – kontynuuje kronikarz z Bieńczyc. Rozgrywano mecze pomiędzy drużynami, złożonymi z uczniów rekrutujących się z Mogiły i Bieńczyc, przeciwko drużynie z Kocmyrzowa. Czasem tworzono reprezentację całego pociągu i ściągano drużynę z Krakowa (…). W tej reprezentacji grali oczywiście najlepsi piłkarze, którzy wśród kibiców cieszyli się wielkim mirem i autorytetem, zwłaszcza tych, którzy dopiero próbowali swych sił w kopaniu futbolówki. Jak widać w miarę upływu lat nic się nie zmieniło, więc może warto za Janem Kotyzą przedstawić piłkarskie „gwiazdy” z początku lat dwudziestych XX wieku, które dominowały na łąkach Mogiły i Bieńczyc.

     Z gimnazjalistów dobrze grał w piłkę nożną Franek Ciepiela (później był kapitanem w wojsku), Staszek Kaszowski – zwłaszcza na obronie (mówiono wtedy na „beku”), który miał własne buty. Dobrze też grali: Bolek Raźny z Krzesławic, Janek Staszyszyn i Janek Marcinek z Mogiły, a także Romek i Zygmunt Gajda oraz Staszek Garlicki z Kocmyrzowa. Drużynę Kocmyrzowa zasilał często urzędnik kolejowy nazwiskiem Prich – chłop chyba dwumetrowej wysokości, więc często żartowano, że małego wzrostu Bolek Raźny przemykał mu między nogami.

     Grający w obronie Kaszowski miał własne buty, czym niewielu graczy mogło się pochwalić, a właśnie brak specjalnego obuwia stanowił dla wielu zawodników poważny problem. Grano więc na bosaka, jednak po kilku godzinach biegania za szmacianką, czy skórzaną piłką, bolały zawodników palce u nóg i stopy, lecz piłka pociągała. Zresztą brakowało również piłkarskich kostiumów, bo przecież zakup całego stroju, łącznie z butami, był to spory wydatek.

      Kłopoty były też z boiskami, zwłaszcza w Bieńczycach. W znacznie lepszej sytuacji znajdowali się futboliści z Kocmyrzowa, Mogiły, a także z Czyżyn, którzy piłkarskie spotkania rozgrywali na miejscowych błoniach, na których później powstało boisko AKS (obecnie tam się znajduje baza MPO). W Bieńczycach takich błoń nie było, a nie zawsze dało się kopać piłkę na okolicznych łąkach. Z tego powodu, jak podaje Jan Kotyza, grywano głównie w jesieni na skoszonych łąkach. Jednak po kilku latach pospieszył im z pomocą dzierżawca bieńczyckiego dworu.

     To właśnie tutaj, na terenach obecnej Nowej Huty, po I wojnie światowej powstały pierwsze kluby sportowe, takie jak: AKS Czyżyny, „Tęcza” Bieńczyce, „Złomex” Branice – znany w ówczesnych latach pod nazwą „Zjednoczeni” oraz najstarszy na tym terenie klub – „Wisła” Mogiła, który później przyjął swą nazwę „Wanda”. Było to w roku 1922, gdy na terenie podkrakowskich wiosek: Mogiła, Krzesławice, Bieńczyce, Lubocza, Wyciąż i Grębałów, grono studentów szkół wyższych i gimnazjalistów założyło klub sportowy o nazwie „Wanda”, o czym właśnie wspominam. Do grona jego założycieli należy zaliczyć: Stanisława Kaczorowskiego – prawnika z Zakopanego, Franciszka Ciepielę – nauczyciela z Nowej Huty i Jana Staszyszyna, który w czasie II wojny światowej zginął bohaterską śmiercią z rąk okupanta niemieckiego. Pierwszym prezesem tego historycznego klubu był Franciszek Romański – były Dyrektor Szkoły Powszechnej im. Królowej Wandy w Mogile, a jego ostatnim prezesem w okresie międzywojennym, w latach 1934-1939, był Franciszek Lelito z Mogiły, który przejął pałeczkę z rąk Franciszka Romańskiego.

     Mocno zaangażowani w działalność tego klubu byli też inni mieszkańcy Mogiły:

Anna Dudziak, Władysław Cieluch, Jan Mars, Władysław Okoń. Ponadto Klub „Wanda” reprezentowali m.in. Stanisław Garlicki, Stanisław Grzesiak, Stanisław Kaszowski, bracia: Bolesław, Stanisław i Witold Koseccy, Karol Kowalczyk, bracia: Henryk, Jan i Władysław Marcinkowie, bracia: Stanisław i Tadeusz Stelmachowscy, Bolesław Strzelecki oraz Stanisław Styczeń. Patronat nad „Wandą” szybko przejęła „Wisła” Kraków, a do największych sukcesów sportowych tej przedwojennej „Wandy” prawdopodobnie należy zaliczyć sensacyjną wygraną zespołu tego klubu z pierwszoligową drużyną TS „Wisła” 5:0 (niestety, nie wiadomo w jakim składzie krakowska „Wisła” wystąpiła i który to był jej zespół). Na tym historia pierwszego Klubu Sportowego „Wanda” się zakończyła.

     Wkrótce bezlitosna II wojna światowa położyła kres działalności tego dobrze rozwijającego się klubu, którego po odzyskaniu niepodległości nie reaktywowano.  Dopiero po 20 latach działacze sportowi załóg budowlanych, powołując klub sportowy o własnej osobowości prawnej, nawiązali do sportowej tradycji Nowej Huty i przyjęli tę historyczną nazwę – Klub Sportowy „Wanda”.

*

     Szanowni Państwo! O tym, że nadwiślańska wioska Mogiła była kolebką talentów i kuźnią wielkich mistrzów tenisa stołowego, niech świadczy fakt, że tutaj urodzili się bracia Henryk i Czesław Knapikowie oraz Wiesław Chajdecki – czołowi tenisiści stołowi „Hutnika” i kraju. Henryk, starszy z braci Knapików, był jednym z założycieli sekcji tenisa stołowego w Klubie Sportowym „Hutnik” (wcześniej KS „Stal”). W latach 60. XX wieku opuścił Nową Hutę i przeprowadził się do Nowego Targu. Tam podjął pracę w Zakładach Obuwniczych „Podhale”, wzmacniając reprezentację tenisa stołowego w KS „Gorce” Nowy Targ. Czesław Knapik, młodszy z braci, pozostał wierny „Hutnikowi”, gdzie osiągnął wiele sportowych sukcesów – indywidualnych i drużynowych. Także Wiesław Chajdecki był jednym z czołowych tenisistów stołowych Nowej Huty, Krakowa i kraju. Poniżej jego rodzinna historia.  

     Od lat w podkrakowskiej Mogile żyła rodzina Jana i Marii Chajdeckich. W dniu 9 grudnia 1946 roku przyszedł na świat ich drugi syn. Właśnie w tym dniu imieniny obchodzi Leokadia i Wiesław, więc zgodnie ze zwyczajem dziecku dano na imię Wiesław. Było to wkrótce po zakończeniu II wojny światowej, czas szybko mijał, a w przyklasztornej wiosce ludziom żyło się skromnie, chociaż już zapomnieli o trudach i niedostatku z lat okupacji. Jan i Maria Chajdeccy mieli sześcioro dzieci – trzy córki i trzech synów: Wandę, Józefę, Mieczysławę, Kazimierza, Mariana i Wiesława. Rodzice pracowali, a bliskość powstającego miasta i żyzne ziemie nad Wisłą stwarzały szansę przetrwania, jednak nie zawsze mogły wszystkich wyżywić.

     Maria Chajdecka znalazła pracę w gospodarstwie szklarniowo-ogrodniczym „Fregge”, zlokalizowanym przy ul. Lubicz w Krakowie, a później w Zakładach Tytoniowych w Czyżynach. Jan Chajdecki pracował w młynie zbożowym w Krzesławicach.

     W maju 1947 roku, w którym podejmowano decyzję o budowie Nowej Huty, mały Wiesiek zaczął poznawać świat. Tymczasem w budującym się mieście powstało wiele miejsc pracy, a ludzi wciąż przybywało. Przy ulicy Klasztornej usytuowano siedzibę Miejskiej Rady Narodowej –  jednej z pierwszych struktur organizacyjnych Nowej Huty, która wg założeń miała być samodzielnym miastem. To tutaj Jan Chajdecki zgłosił chęć podjęcia nowej pracy, którą otrzymał; został gońcem, roznosząc służbową korespondencję po placach budów oraz do ogniw lokalnych władz miejskich. Minęło kilka lat, zima w sezonie 1951/52 była długa i dokuczliwa. Stare, wysłużone chaty w Mogile i okolicznych wioskach wymagały solidnych reperacji. Tej zimy rodzina Chajdeckich z trudem dotrwała pierwszych dni wiosny. Pod naporem topniejącego śniegu zapadł się dach ich domu, stawiając liczną rodzinę w sytuacji bez wyjścia. Jan Chajdecki zwrócił się o pomoc do naczelnika miasta, który obiecał pomóc. W kwietniu 1952 roku rodzina otrzymała mieszkanie w pierwszym domu mieszkalnym Nowej Huty – na os. A-1 (dzisiaj osiedle Wandy 14). Rodzina miała możliwość wyboru lokalizacji mieszkania; zdecydowali kolektywnie, przyjmując klucze od dwupokojowego mieszkania z kuchnią – na parterze.    

     Tymczasem budowa nowego miasta postępowała w szybkim tempie. Naprzeciw osiedla A-1 powstało osiedle robotnicze A-25 (dzisiaj osiedle Młodości), wraz z hotelami Huty im. Lenina nr: 2, 3. 4, 5, 6, 7, 8 oraz tzw. Ogniskiem Młodych, zwanym do dziś „Jedynką”,gdyż jego siedziba znajdowała się w bloku nr 1 na osiedlu Młodości, gdzie Ognisko funkcjonowało. Była to pierwsza placówka działalności kulturalno-rozrywkowej i sportowej na terenie nowego miasta. To tutaj adepci białej celuloidowej piłeczki (tenisa stołowego) spotykali się w wolnych chwilach, zapominając o troskach codziennego dnia i innych obowiązkach; o domu, szkole i o tym, że świat naprawdę istnieje.

     W tamtych latach sport masowy i wyczynowy w Nowej Hucie – także tenis stołowy, zaczęły dopiero kiełkować, dlatego historia pierwszych zalążków klubów sportowych „Hutnik” i „Wanda”, podobnie jak historia Hutniczego TKKF, też jest związana z Ogniskiem Młodych. To właśnie tutaj, w pierwszych latach funkcjonowania Nowej Huty, okupywano pingpongowe stoły, a za opłatą 1.50 zł można było wypożyczyć pingpongowe rakietki i grać do woli.

     Z osiedla A-1, gdzie rodzina Chajdeckich otrzymała własne mieszkanie, do Ogniska Młodych Wiesław miał bardzo blisko. Tutaj spotykał znanych trenerów i wielu tenisistów stołowych, z którymi później walczył przy pingpongowych stołach. W Ognisku Młodych poznał między innymi Zdzisława Kowalczyka, Staszka Lelowicza, Staszka Kija, Janka Magdonia i Bogusława Hermanowskiego – trenera i opiekuna sekcji tenisa stołowego „Stali”. Wraz z nimi z wielkim zacięciem Wiesław odkrywał urok i tajemnice gry w białą pingpongową piłeczkę. Nikt nawet nie pomyślał, że w Nowej Hucie wyrasta wielki mistrz w tej dyscyplinie sportu.

     Naj pierw Wiesław zaczął grać w piłkę nożną i sam był przekonany, że jest to jego wymarzona dyscyplina sportu, tak jednak się nie stało. Latem kopano w piłkę, a zimą grano w ping-ponga. Dość szybko u dobrego piłkarza odkryto niezwykły talent do gry w tenisa stołowego i wkrótce Wiesiek został zawodnikiem Koła Sportowego „Stal”, przekształconego później w Klub Sportowy „Hutnik”.

     Po latach glorii, kiedy nad sekcją tenisa stołowego „Hutnika” zawisły czarne chmury, w roku 1974 Wiesław Chajdecki opuścił szeregi macierzystego klubu, przechodząc do Klubu Sportowego„Nadwiślan” Kraków, gdzie wraz z Leszkiem Kolarskim, Tadeuszem Kanasem, Adamem Rakiem i jeszcze innymi zawodnikami, pod okiem wspaniałego trenera Mariana Koryzmy reprezentował swój nowy klub.

     W połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, w okresie swej świetności, Wiesław Chajdecki pracował w Pionie Głównego Energetyka Huty im. Lenina. Był pracownikiem Wydziału Aparatury Kontrolno-Pomiarowej (W-28), potem Siłowni (W-80), gdzie go poznałem. W roku 1977 odszedł z Huty im. Lenina i podjął pracę w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Krakowie. Następnie, z chwilą przejęcia sekcji tenisa stołowego „Nadwiślanu” przez KS „Cracovia”, przeszedł do TS „Tramwaj”, grając w II ligowej drużynie, którą prowadził Zbigniew Nęcek – były zawodnik i trener tenisa stołowego w KS „Wanda” – dziś trener i menedżer KTS Enea „Siarkopol” Tarnobrzeg, trzykrotny trener reprezentacji Polski kobiet.

     Po spadku drużyny „Tramwaj” z II ligi Wiesław Chajdecki zakończył pełną sukcesów karierę zawodniczą, wzmacniając zespół Ogniska TKKF „Tramwaj” przy MPK Kraków, rozpoczynając nową przygodę w amatorskim ruchu tenisa stołowego.

     W latach 60. XX wieku Wiesław był jednym z czołowych tenisistów stołowych w Polsce. W roku 1966 deblowa para „Hutnika”: Józef Petek – Wiesław Chajdecki zdobyła wicemistrzostwo Polski w deblu, a dwa lata później indywidualnie Wiesław wywalczył tytuł wicemistrza Polski seniorów w tenisie stołowym. Przez długi czas nikt z krakowskich tenisistów stołowych nie zdołał go zdetronizować.

     Także, jako amator, grając pod flagą TKKF przez wiele lat Wiesław był jednym z najlepszych tenisistów stołowych w rozgrywkach amatorskich. W zakończonej edycji rozgrywek „Grand Prix” Krakowa w tenisie stołowym za rok 1990, z udziałem 105 zawodników, po rozegraniu 35 cotygodniowych turniejów, to właśnie Wiesław, jako były drużynowy oraz indywidualny wicemistrz Polski, znów był bezkonkurencyjnym. Chociaż z profesjonalnym tenisem stołowym dawno zerwał już kontakt, wciąż prezentował doskonałą formę, mimo że miał problemy zdrowotne; z powodu powikłań cukrzycowych odjęto mu obie stopy. Kilka lat temu odszedł już od nas na zawsze, o wiele lat za wcześnie. Dziś trudno jest go zastąpić.

     Na przełomie lat 60/70 XX wieku dominacja tenisistów stołowych z Nowej Huty nie mogła być kwestionowana. Gdy budowano Nową Hutę i Hutę im. Lenina, wielu mieszkańców powstającego miasta rozmyślało, jak w imię nowoczesności doprowadzić do tego, by właśnie Nowa Huta była głośniejsza od wiekowego Krakowa.

     W trakcie minionych lat w historii Nowej Huty, i w życiu każdego z nas, wiele się już zmieniło. Był to owocny czas, pełen sportowych zmagań, sukcesów i tytułów, niosący chlubę w wielu dziedzinach sportu i rekreacji, które już przeszły do historii. Jedno się tylko nie zmieniło – poczucie świadomości, że naszej działalności przyświeca jeden szlachetny cel – troska o ludzkie zdrowie, sprawność psychofizyczną i dobre samopoczucie, że poprzez sport i rekreację fizyczną wzrasta poczucie dumy, własnej wartości i bezpieczeństwa. Dziś z tym przesłaniem trudno już dotrzeć – zwłaszcza do ludzi młodych z nowohuckich osiedli, dlatego sport i rekreacja fizyczna wciąż mają tak wiele do spełnienia. Wśród kilku dyscyplin sportu, które w swej historycznej misji przyniosły chlubę naszej Dzielnicy, był także tenis stołowy. Być może przyczynkiem do żartobliwego, lecz uszczypliwego kiedyś powiedzenia, że „Kraków gdzieś tam pod Nową Hutą”, był właśnie tenis stołowy. Na ten temat spopularyzowano nawet piosenkę. Początkowo nikt tego nie traktował poważnie, lecz z czasem coś z tego trendu jednak zostało.